Dyziu
Mija 10 lat od śmierci historyka i profesora Liceum Ogólnokształcącego w Krotoszynie – Dionizego Kosińskiego. Przypomnienie jego sylwetki nie wydaje się zadaniem łatwym. Był człowiekiem o dość wyraźnych ambicjach dydaktycznych i naukowych, starającym się odegrać w miejscowym środowisku znaczącą rolę. A przy tym postacią skomplikowaną, można nawet powiedzieć – trudną, której zachowania niekiedy niełatwo było zrozumieć.

Należałem do klasy, którą jako pierwszą prowadził jako wychowawca (1964-1968), dokąd trafił ze szkoły parkowej, otoczony niemalże sławą młodego, zdolnego i budzącego fascynację młodzieży nauczyciela. Myślę, że koledzy po fachu patrzyli na niego z pewnym niepokojem, a uczniowie w Kołłątaju z wielkimi oczekiwaniami, co dla człowieka u progu jakiejś tam kariery nie mogło być łatwe.


Prof. Dionizy Kosiński (w środku) podczas zjazdu klasowego w roku 1993


Miał za sobą dwa fakultety: historię i archeologię, był ambitny i chciał robić rzeczy chyba jednak nietuzinkowe, starając się pociągnąć za sobą młode licealne dusze. Wtedy gdy zaczynał miał młodzieńczy wygląd i takiż styl bycia, czym odróżniał się w sposób wyraźny od przeciętnego belfra, nieco przytłoczonego rzeczywistością i pracą.
Ale pamiętam też, że te wszystkie cechy, które dawały mu tak świetny start, nie były gwarantami sukcesów, których oczekiwał on sam i my, jego uczniowie. Rychło bowiem okazało się, że Dyziu, jak go nazywaliśmy, potrafił łatwo przechodzić na pozycje skrajne, stając się kimś nie tylko nieufnym, ale także zirytowanym, gwałtownym, wręcz wrogim. Ile było w tym rzeczywistych uczuć, a ile jakiejś gry, prowokacji – trudno powiedzieć.
Nietypowe zachowania, wzbudzanie kontrowersji to pewnie była jego specjalność, z której nie rezygnował chyba nigdy. Gdy spotkaliśmy się przed zjazdem licealnym w 1986 roku, powiedział do mnie: - Wtedy gdy ci przed maturą obniżyli zachowanie na dostateczny to dzięki mnie, sprzeciwiłem się całej radzie pedagogicznej i przeprowadziłem to. Choć wiem także, że nieco później przymknął oko i zwolnił mnie niespodziewanie z ustnej matury z historii, której pewnie był nie zdał. A jeśli bym zdał, to opłaciłbym to wielką pracą, która oddaliłaby mnie od spraw w tamtych pięknych latach ważniejszych...
To były dość gorączkowe miesiące 1968 roku, kiedy nasza klasa, a przynajmniej jej duża część, skonfliktowała się ze swoim wychowawcą. Do pełnego pojednania doszło nie w czasie pamiętnego pierwszego zjazdu za komuny, a kilka lat później, gdy klasowe spotkania odbywały się u naszych kolegów w sutannach i habitach: u ks. Stasia Tokarskiego i o. Kornela Filipowskiego. Może dopiero wtedy my wszyscy do tego dojrzeliśmy, może i on coś szczególnego potrafił nam przekazać. I my, i on byliśmy przecież nieco starsi, a upływający czas czynił nas nieco mądrzejszymi, wzajemnie bardziej tolerancyjnymi.
Po Dyziu pozostało wiele legend, których weryfikacji nie jestem się w stanie podjąć. Do dziś wspomina się słynne wykopaliska, które prowadził z młodymi pod Zdunami, jego niespełnione, może nawet przesadne zamiłowanie do śpiewu (uwielbiał operę i operetkę), słabość wobec uroków niewiast, czego nie krył i co uczynił w latach późniejszych bardzo kontrowersyjnym stylem bycia, wypadek (1998), który zadecydował o jego pożegnaniu się ze szkołą.
Te rzeczy owiane aurą niezwykłości, a niekiedy niedobrej sławy sąsiadowały w jego życiu z faktami obiektywnymi. Pisał artykuły naukowe i publikował je, a po obronie pracy doktorskiej (1990) został członkiem Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk. Był także założycielem i czołową postacią Towarzystwa Miłośników i Badaczy Ziemi Krotoszyńskiej, a także redaktorem dwutomowej serii Krotoszyn.
Myślę, że jego życie osobiste nie było łatwe. Dzielnie wychowywał swoje dzieci, przez długi czas opiekował się matką, która razem z nim ciężko przeżyła śmierć swoich dwóch synów, zmarłych w młodym wieku. To, a przede wszystkim brak normalnego domu, było jakimś balastem, który obciążał jego psychikę i może czynił z niego człowieka nie do końca szczęśliwego. Ale przecież uznawanego przez swoich uczniów, którzy prowadzili z nim korespondencję i pewnie tą drogą poznali wiele tajemnic do dzisiaj mi nieznanych.

Janusz Urbaniak

Rzecz Krotoszyńska, nr 29/952, 23 lipca 2013 r.



KOMENTARZE CZYTELNIKÓW

treść:
podpis:

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami czytelników
Rzeczy Krotoszyńskiej. Redakcja rzeczkrotoszynska.pl
nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.




Ja wspominam Go po latach bardzo mile. Chociaż z powodu konfliktów , po wniosku do dyrekcji, klasa po dwóch latach nauczania zmieniła ,,Dyzia\" na innego nauczyciela od historii.
Z przyjaznego stawał się czasem bardzo niezrozumiały.
--OBS-- (25.07.2013 10:07)





a ja wprost przeciwnie !!! Jako jedyny historyk w tej szkole ( za czasów PRL ) mówił prawdę o historii Polski XX wieku !!! A w tamtych czasach wymagało to odwagi !!! Inni jej nie mieli !!! Pełen szacunek - PROFESORZE !!!
wwwx (25.07.2013 19:07)





nie wspominam go dobrze.
matura 1966 (24.07.2013 10:07)





Może i życie miał nie łatwe,ale dlaczego to musiało się odbijać na uczniach,a na uczennicach w szczególności?
matura 1969 (25.07.2013 16:07)


REKLAMA

[ Powrót do strony głównej ]